Emil Tańczak: Jak dobrze mieć sąsiada…

Niezależna Gazeta Obywatelska

Podejmuję temat bolesny, bowiem nie mogę milczeć będąc jednym z niewielu już świadków ludobójczych zbrodni ukraińskich nacjonalistów spod znaku Bandery, dokonanych na niewinnej ludności polskiej ze Wschodnich Rubieży Rzeczypospolitej. Próbuję spiąć klamrą pamięci koszmarne obrazy tamtych wojenno-okupacyjnych dni, z początku 1945 roku – cudem przeżytych przez moją rodzinę we wsi Leśniki pod Brzeżanami, a potem w Kozowie (w województwie tarnopolskim) – z dzisiejszą postawą Ukraińców i ich przywódcy, grzebiącą moje nadzieje na rychłe pojednanie.

Policzek wymierzony w pamięć ofiar okrutnie pomordowanych naszych rodaków, to nie tylko ostatnia decyzja prezydenta Ukrainy, gloryfikująca „ryzunów” z Ukraińskiej Powstańczej Armii. Prezydent Władymyr Zełeński „uhonorował” ważną jednostkę wojskową imieniem „Bohaterów UPA”, a znaczna część Ukraińców, przesiąknięta otwartą wrogością wobec Polaków, przyjęła decyzję swego prezydenta z entuzjazmem.

Nie posiadam wystarczających podstaw do naukowego analizowania przyczyn tego stanu rzeczy. Jednak pomimo bardzo sędziwego już wieku, nie zawodzi mnie wzrok, słuch ani pamięć,
a zdrowy rozsądek też mnie nie opuszcza. Z zacięciem wnikliwego obserwatora otaczającej mnie rzeczywistości zbieram (od zawsze!) wszelkie dostępne mi informacje o relacjach polsko-ukraińskich. Ułatwiają mi to podróże z racji społecznego i publicystycznego zaangażowania. Otrzymuję też liczne kontakty z Ukraińcami przebywającymi w ich, objętej pożogą wojenną ojczyźnie.

I co z tego wynika? Dostrzegam brak zainteresowania Ukraińców bolesną prawdą o haniebnych czynach ich ojców i dziadków oraz zupełny brak świadomości młodego pokolenia tego narodu o straszliwych zbrodniach dokonanych na Polakach przez banderowską Ukraińską Powstańczą Armię. Najobrzydliwsze jest to, że bojowe oddziały UPA wspierane były czynnie – niestety – przez chłopów ukraińskich, upojonych nienawiścią do wszystkiego co Polskę stanowiło.

Kiedy w pierwszym roku napaści Rosji na Ukrainę w moim przyjaznym wystąpieniu publicznym na spotkaniu z Ukraińcami – uciekinierami przed wojną – w Komprachcicach (koło Opola) latem 2024 roku wspomniałem o zbrodniach na Wołyniu, młodziutka Ukrainka (w wieku maturzystki) z oburzeniem przyjęła moją informację. Z emocją wypowiedziała takie słowa: „Proszę pana, pan rani mój patriotyzm. Bandera i Szuchewycz to nasi najwięksi bohaterowie, którzy czczeni są przez cały naród ukraiński”. Zapytałem, skąd ona o tym wie. Padła odpowiedź: „W szkole nas o tym uczą”. Dalsza rozmowa z tą młodą, inteligentną, uroczą i niewinną przecież dziewczyną nie miała sensu.

Nas Polaków nie powinna była zaskoczyć dzisiejsza postawa prezydenta Zełeńskiego i znacznej części narodu ukraińskiego. Ideolodzy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, którzy już w 1929 roku we Wiedniu skonsolidowali swoje szeregi, przez kilkanaście lat „rzeźbili” umysły Ukraińców, stawiając na młodych, aż wychowali ludzkie hieny, w które wpojono, że największymi wrogami ukraińskiej aspiracji do suwerennej niepodległości kraju są Polacy.

Przez okres władzy sowieckiej Moskwa trzymała w ryzach nacjonalistyczne zapędy Ukraińców. Po upadku Związku Radzieckiego i powstaniu niepodległego państwa Ukrainy kontynuowany był kult wrogości względem Polaków – już bez żadnych ograniczeń. A my udawaliśmy, że tego nie dostrzegamy. Gdy przyjmowaliśmy do naszych domostw uciekających przed wojną Ukraińców, otwierając dla nich nasze serca, polskie elity polityczne przekonywały nas słowami: „Nie czas ratować róż, gdy płonie las”. Tłumaczono nam, a my przyjmowaliśmy oficjalne „argumenty” z niedużymi oporami, kierując się chrześcijańskim nakazem miłości bliźniego, że nic już nie zmieni zaszłości historycznych, a na rozliczenie z Ukrainą kiedyś przyjdzie czas. Nasza naiwność, ślepota czy wręcz głupota sięgała kosmosu, a świat z niedowierzaniem patrzył na spontaniczność naszej pomocy Ukrainie i jej obywatelom, i na serdeczność, z jaką ją udzielamy oraz jej ogromne rozmiary.

Wtedy należało zawołać: Historio, bądź nam instrukcją teraźniejszości! i przypomnieć sobie strawestowane słowa Jana Kochanowskiego z „Pieśni o spustoszeniu Podola”: A ja wam powiem, iż to jest w tym narodzie, że głupi Polak przed szkodą, głupi i po szkodzie.

Elity ukraińskie mają pełną świadomość, że skala i metody dokonanego ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej były porażające swym bestialstwem. Trudno więc się dziwić oporom przed zgodą na ekshumacje w szerszym zakresie, bowiem to, co dotychczas udało się ujawnić potwierdza, że doły śmierci kryją największy ukraiński wstyd – rozkawałkowane siekierami szczątki szkieletów naszych rodaków, umierających w potwornych męczarniach. To nie była walka z uzbrojonymi Polakami, gotowymi do boju; ginęli bezbronni, niewinni ludzie, w ogromnej większości kobiety i dzieci.

W tym marszu nienawiści i wręcz zwierzęcej agresji znajdowały się przypadki Ukraińców z ludzkimi odruchami. Przyjaciółka mojej mamy, Ukrainka z sąsiedztwa w Leśnikach (pod Brzeżanami) – Ołesia Pryjdun, uratowała życie naszej rodziny, ostrzegając moją mamę przed śmiertelnym zagrożeniem. Uciekliśmy furmanką, ile tylko konie miały tchu, do babci w Kozowie, miasteczku odległym 16 kilometrów
od naszego domu. Ja całą drogę z trudem trzymałem w ramionach 10-miesięcznego braciszka, który przez całą podróż przeraźliwie płakał, a jego ciało prężyło się niczym w padaczkowych konwulsjach. Ojca z nami nie było, parę dni wcześniej został aresztowany przez NKWD za niepochlebną wypowiedź o Stalinie, a sąsiad „gumowe ucho” doniósł o tym sowieckim organom bezpieki (być może za jakąś nędzną „miskę soczewicy”).

Po kilku tygodniach również tam w Kozowie dopadła nas groźba utraty życia. Na szczęście dla nas, tu także Opatrzność Boża nie opuściła nas; dobry i serdeczny Ukrainiec – sąsiad dziadków w Kozowie – Mychajło Krotiuk, uprzedził nas o nadchodzącej sotni morderców spod znaku Bandery. I wtedy, w pamiętny wtorek, dnia 20. lutego 1945 roku, kloaczny dół wychodka na dziadkowym podwórzu okazał się zbawienną kryjówką, ratującą 9-osobową rodzinę przed okrutną śmiercią. Przykryci deskami, słomą i narzuconym śniegiem nie czuliśmy ani zimna ani smrodu w niedużej kloace, ściśnięci do granic uduszenia, tylko nasze przerażone serca trzepotały w śmiertelnym galopie.

Ranek obnażył skutki przejścia szwadronu śmierci, który nocą przetoczył się przez Kozowę. Porażający widok ludzkich wnętrzności, ściekających krwią, rozwieszonych na sąsiednich płotach sprawił, że kilka osób z naszej rodziny zemdlało. Ja zwymiotowałem, a żołądek mój opróżnił się błyskawicznie w obie strony… Na szczęście niewielu Polaków zginęło w tę noc; uprzedzeni przez dobrych Ukraińców ukryli się lub uciekli, gdzie się tylko dało.

Bohaterski Ukrainiec z sąsiedztwa, który uratował życie nie tylko nam, lecz jeszcze kilku polskim rodzinom, poniósł śmierć przez powieszenie z rąk swoich pobratymców. Na szyi zawieszoną mu tablicę z napisem „Zdrajca”. Oczami dużego już dziecka zapamiętałem w szczegółach grozę tamtych dni, a w warunkach wojenno-okupacyjnych dojrzewa się szybciej oraz zapamiętuje więcej i na zawsze.

Obrazy potwornych, styczniowo-lutowych nocy 1945 roku, przypomniały mi – paradoksalnie – łuny nad Ukrainą, widziane w telewizji w lutym 2022 roku, podczas napaści bandyckiej Rosji na niepodległą Ukrainę. Nie prowokowałem skojarzeń tych dwóch odległych od siebie czasów i nie chciałem czynić porównań, lecz te łuny w telewizji zmuszały do myślenia… przypominając mi płonące nocami – tam na wschodzie – sąsiednie wioski w początkach 1945 roku. Pamięć nie dawała się zdusić, a słyszany wtedy jęk ofiar teraz ją odradzał w nagiej prawdzie.

Czyżby ślepy los chciał wyrównać krzywdy i dokonać aktu sprawiedliwości dziejowej…(?) Okrutnie zabrzmiało to pytanie, które pozostawiam bez odpowiedzi. Kropką nad „i” moich dywagacji niech pozostanie niekończące się – jak memento – brzmienie aksjomatu: „Tylko prawda nas wyzwoli…”.

Autor: Emil Tańczak, przedsiębiorca w branży stomatologicznej i publicysta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *