
Przewodniczący KO w Gołdapi Piotr Rant. Użyto AI./x.com
W Gołdapi polityka lokalna coraz mniej przypomina spór o sprawy mieszkańców, a coraz bardziej spotkanie klubu wzajemnego poklepywania się po plecach.
Od dłuższego czasu otrzymujemy od Państwa sygnały, wiadomości i pytania, by przyjrzeć się bliżej lokalnym układom, zależnościom i towarzyskim orbitom, które od lat krążą wokół samorządu. Im uważniej się przyglądamy, tym trudniej oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi już nawet o zwykłą politykę. To raczej dobrze znany lokalny spektakl, w którym role zostały dawno rozpisane, kwestie przećwiczone, a najważniejsza zasada brzmi: dużo mówić, gdy chodzi o cudze błędy, i milczeć, gdy sprawa dotyczy swoich ludzi.
Dziś zaglądamy więc do lokalnych struktur Koalicji Obywatelskiej w Gołdapi. I cóż tam widzimy? Formalnie — koło polityczne. W praktyce — coś pomiędzy salonikiem towarzyskim a kadrowym zapleczem samorządowej wygody. Można to nazwać „towarzystwem wzajemnej adoracji”. Można też krócej i uczciwiej: kółkiem Piotra Ranta.
Skład tego grona mówi zresztą sam za siebie. Zastępca burmistrza, prezes gminnej spółki, prezes fundacji realizującej zadanie gminne oraz niektórzy pracownicy Urzędu Miejskiego w Gołdapi. Gdyby ktoś chciał stworzyć podręcznikowy model środowiska, w którym granice między polityką, administracją i własnym zapleczem zaczynają się niebezpiecznie rozmywać, mógłby właśnie tu szukać inspiracji.
I nagle wszystko staje się zrozumiałe. Bo przecież to właśnie to środowisko za czasów burmistrza Tomasza Luto z zapałem godnym lepszej sprawy recenzowało każdy ruch, każdą decyzję i każde potknięcie. Nieważne, czy coś było dobre dla gminy. Nieważne, czy przynosiło efekt. Liczyło się to, by grzmieć, oburzać się i stwarzać wrażenie ostatnich sprawiedliwych. Pan Piotr Rant seryjnie produkował facebookowe manifesty, listy otwarte i polityczne westchnienia pełne troski o standardy. Lokalny trybun ludowy, tyle że bez ludu i bez szczególnej odpowiedzialności za słowo.

Spotkanie lokalnych samorzadowców z Rafałem Trzaskowskim w Kętrzynie w roku 2025/Facebook.com
A potem nadszedł 7 maja 2024 roku i stał się cud. Nie, nie poprawiła się sytuacja gminy. Nie, problemy nie zniknęły. Nie, nie nastąpił cudowny rozkwit zarządzania. W wielu obszarach jest po prostu gorzej. Za to zniknęli wojownicy transparentności. Wyparowały manifesty. Ucichły listy otwarte. Usta, dotąd tak skore do pouczeń, nagle szczelnie się zamknęły. Najwyraźniej standardy mają to do siebie, że obowiązują głównie przeciwników.
No więc zapytajmy naiwnie: czy Piotr Rant, dziś przewodniczący Rady Powiatu Gołdapskiego i człowiek niejednokrotnie podkreślający na sesjach wspomnianej rady swoją zażyłość ze starszym z braci Kazanieckich, nagle zacznie rozliczać burmistrza Kazanieckiego z zaniechań, błędów i braku efektów? Oczywiście można w to wierzyć. Tak samo jak można wierzyć, że deszcz pada tylko po to, by poprawić frekwencję na sesjach rady.
Czy zastępca burmistrza, zasiadający jednocześnie w zarządzie lokalnej KO, wystąpi publicznie przeciwko własnej nieskuteczności albo przeciwko swojemu przełożonemu? Trudno oczekiwać aż takiego wybuchu samokrytyki. Zwłaszcza że, jak można było usłyszeć na sesjach Rady Miejskiej, pan Czarniewski funkcjonuje raczej jako polityczny statysta niż realny współzarządzający — od przecinania wstęg, bywania i reprezentacyjnego potakiwania, a nie od reform, decyzji i odpowiedzialności.
A może odezwie się prezes fundacji prowadzącej Centrum Informacji Turystycznej, jednocześnie pracownik urzędu, korzystający z tego niezwykle wygodnego połączenia etatu, zadania publicznego i politycznego zaplecza? Czy właśnie stamtąd popłynie apel o przejrzystość, odwagę i rozliczalność? To już nawet nie political fiction. To lokalna baśń dla wyjątkowo łatwowiernych.
Nie inaczej wygląda sprawa urzędnika odpowiedzialnego za rozwój i strategię — lub strategię i rozwój — który zasiada także w zarządzie KO. Czy publicznie odniesie się do wątpliwości wokół raportu o stanie gminy? Czy nazwie rzeczy po imieniu? Czy przyzna, że w dokumencie pojawiają się treści, które bardziej przypominają propagandową laurkę niż rzetelną diagnozę? Raczej nie. Trudno przecież oczekiwać, by ktoś z zapałem demaskował dokument, który sam współtworzył albo przynajmniej pobłogosławił urzędowym milczeniem.
Jest jeszcze prezes gminnej spółki ADM — człowiek aktywny politycznie, a przy tym będący mimowolnym symbolem jakości tego środowiska. Ostatnio zaprezentował mieszkańcom swoją formę w sposób niemal widowiskowy. Przedstawiając koncepcję rozwoju spółki, sprawiał wrażenie, jakby większym wyzwaniem od zarządzania firmą było dla niego samo składanie wyrazów w zdania. Być może to detal. A być może bardzo celna metafora całego tego układu: dużo stanowisk, mało kompetencji; dużo tytułów, mało treści.
I tak oto wyłania się obraz lokalnej elity nowego rozdania. Elity, która jeszcze wczoraj zagrzewała do rozliczeń, a dziś sama chroni się przed jakąkolwiek oceną. Elity, która miała być świeża, odważna i transparentna, a wygląda jak dobrze znany recykling układów, zależności i wygodnych przemilczeń. Elity, która z hasłami na ustach weszła do gry, po czym uznała, że najlepszym programem będzie cisza. Opisane osoby są osobami publicznymi zgodnie z obowiązującymi przepisami i wyłącznie osoby uzyskujące środki publiczne będą gośćmi naszego portalu.
Najsmutniejsze jest jednak to, że mieszkańcy płacą za ten spektakl podwójnie. Najpierw płacą zaufaniem, potem pieniędzmi. Najpierw słyszą opowieści o standardach, potem oglądają, jak standardy trafiają do szuflady. Najpierw karmi się ich obietnicą zmiany, a potem serwuje dobrze znane menu: swoi, swojemu, po swojemu. I właśnie dlatego problemem nie jest już tylko to, że ktoś milczy. Problemem jest to, dlaczego milczy. Czy dlatego, że daje się prowadzić silniejszym graczom? Czy dlatego, że po prostu doskonale odnalazł się w systemie wzajemnych korzyści? W obu przypadkach finał jest ten sam: mieszkańcy mają patrzeć, płacić i najlepiej jeszcze uwierzyć, że wszystko odbywa się dla ich dobra.
A za jakiś czas ci sami ludzie zapewne znowu wyjdą do mieszkańców z poważnymi minami, opowieściami o odpowiedzialności i apelem o zaufanie. Być może znów usłyszymy o uczciwości, przejrzystości i trosce o wspólnotę. Trudno jednak nie zauważyć, że kiedy przyszło do sprawdzianu, z wielkich słów została głównie cisza, a z deklarowanych standardów — lokalna komedia omyłek.
Tyle że mieszkańcy coraz częściej przestają się śmiać. Bo kiedy satyra zaczyna zbyt dokładnie opisywać rzeczywistość, przestaje być żartem. Mamy nadzieję, że opisana grupa osób weźmie odpowiedzialność za sprawy, za które odpowiada w tej kadencji, i że w kolejnej kampanii wyborczej nie będzie robić z wyborców idiotów, zgodnie z zasadą, że kłamstwo powtórzone dziesięć razy staje się prawdą, lub — jak mawiał klasyk — że ciemny lud wszystko kupi.
Źródło: „Nowy Portal Miejski”/Facebook.com
Dodaj komentarz