Marian Piłka: Partie słupów

Zastępca Naczelnego

Marian Piłka/Twitter.com

W XVIII w. Anglicy wynaleźli rząd parlamentarny, natomiast Polacy, także wnieśli swoisty wkład do rozwoju współczesnego parlamentaryzmu. Donald Tusk wynalazł parlament rządowy, a Jarosław Kaczyński zmienił charakter funkcji poselskiej. Według niego, zadaniem posła nie jest reprezentowanie swojego okręgu w parlamencie, ale swojej partii w okręgu w którym został wybrany. I nie chodzi tu o to że partia rządząca popiera własny rząd, czy poseł oprócz swych statutowych obowiązków, zabiega o popularność własnej partii w okręgu w którym został wybrany. Chodzi o to że obaj polityczni liderzy doprowadzili do zmiany charakteru systemu partyjnego w naszym kraju, a pośrednio do swoistej zmiany znaczenia demokracji. Partie bowiem przestały być tym, czym według konstytucji winny być, to znaczy ciałami pośrednimi pomiędzy obywatelem a państwem, czyli wspólnotą poglądów, a stały się zorganizowanymi armiami zbudowanymi wyłącznie do walki o władze.

Otóż jest to zmiana fundamentalna. W systemie demokratycznym partia powinna być przede wszystkim propozycją przywództwa narodowego, a to znaczy powinna przede wszystkim odpowiadać na zasadnicze wyzwania stojące przed państwem w perspektywie długofalowej. Bo naród i jego trwanie, to nie sekwencja parlamentarnych kadencji, ale wspólnota pokoleń, zarówno tych przeszłych jak i tych przyszłych i przywództwo narodowe, to przede wszystkim odpowiedzialność nie tylko za współczesne pokolenie, ale także za te które przyjdą po nas. Odpowiedz na wyzwania, zarówno na rysujące się szanse, jak i zagrożenia wymaga intelektualnego fermentu w partii, wymaga przede wszystkim zrozumienia istniejącej rzeczywistości politycznej, nie tylko w wymiarze wewnętrznym, ale także międzynarodowym, zdefiniowania zasadniczych trendów rozwojowych, zrozumienia ich dynamiki, określenia głównych zagrożeń, czy odkrycie rysujących się szans.

Bo choć mówi się że „jaki koń jest, to każdy widzi’, to przekonanie o rozumieniu współczesności jest najbardziej zwodniczym przekonaniem w polityce. Zasadnicze błędy polityczne właśnie wynikały prawie zawsze z niedostrzeżenia ukrytej ewolucji sytuacji politycznej, a zorientowanie się następowało wtedy, gdy na zapobieżenie zagrożeniom było już najczęściej za późno. Przykładem takiego niezrozumienia zagrożenia, jest kryzys demograficzny w Polsce, mający miejsce już od początku lat 90-tych, a obecnie przeistoczony w katastrofę, i żadne obecnie podejmowane środki, nie są w stanie odwrócić, jego negatywnych skutków, zarówno dla polskiej gospodarki, systemu emerytalnego, czy naszego bezpieczeństwa. Jeszcze w 2005 roku, Jarosław Kaczyński wyrzucając wyborczy program 500+ do śmietnika, nie zadawał sobie sprawy, pomimo już bardzo głębokiego kryzysu, z konsekwencji swego nieodpowiedzialnego zachowania. Tym samym zaprzeczył zasadniczemu sensowi istnienia własnej partii, jako formy przywództwa narodowego, której zasadniczym celem jest definiowanie kierunku rozwojowego kraju, a nie generowanie jego zagrożeń.

Oczywiście zadaniem partii politycznej jest także walka o władzę, ale nie dla samej władzy. Bo w rezultacie zdefiniowania wyzwań w perspektywie trwania narodu, należy na te wyzwanie dać intelektualna odpowiedz. I tu dotykamy istoty różnicy czym jest obecny system partyjny, a czym być powinien. Otóż koncepcja partii jako przywództwa narodowego, oznacza myślenie w kategoriach długofalowych, przynajmniej w perspektywie życia współczesnego pokolenia. Oznacza, że program partii jest odpowiedzią na wszystkie zasadnicze wyzwania, jest programem wspierania możliwości rozwojowych i minimalizowania rysujących się zagrożeń. I dopiero w tej perspektywie należy widzieć programy wyborcze poszczególnych partii. Otóż generalnie rzecz biorąc partie parlamentarne nie definiują swych wyborczych programów w tej perspektywie. Nie definiują, bo ten horyzont przekracza ich, strukturalne możliwości. Bo współczesne partie polityczne nie są przede wszystkim propozycja przywództwa narodowego, ale – zgodnie z popularną postkomunistyczna politologią – są organizacjami zbudowanymi przede wszystkim do walki o władze. Wynika to z jeszcze komunistycznej wizji polityki, opartej na koncepcji konfliktu, jako motorze „postępu” . To właśnie walka jest treścią komunistycznego postrzegania polityki, a nie zabieganie o realizacje dobra wspólnego. To zmienia sam cel polityki. Zamiast dobra wspólnego, jej celem staje się dobro partii. Ten rys postkomunistycznej mentalności definiuje charakter systemu partyjnego.

Otóż polityka wymaga nie tylko siły i walki, ale wymaga przede wszystkim intelektu, natomiast walka wymaga przede wszystkim sprawnej armii. I dlatego postkomunistyczne postrzeganie istoty życia politycznego doprowadziło do przekształcenia obecnych partii politycznych na swoiste armie. Ale w wojsku się nie myśli, w jedynie wykonuje się rozkazy. Armia jest zbudowana hierarchicznie, dyscyplina i służalczość jest najważniejszą cnotą, zaś samodzielność intelektualna traktowana jest jako przejaw nielojalności. Stąd współczesne partie nie są żadnym forum debaty publicznej. Myśleniem zajmuje się tylko wódz, ale i tak jego wysiłek intelektualny ogranicza się do zapewnienia trwałości władzy dla siebie i swojej partii, zaś członkowie partii, są tylko do wykonywania rozkazów. Debata publiczna został zredukowana tylko do wymiany partyjnych ciosów w bieżącym sporze, najczęściej o sprawy, które mają pewien ciężar emocjonalny, natomiast nie mają istotnego merytorycznego znaczenia. Dlatego zasadnicze znaczenie w działalności partii mają specjaliści od zarządzania wizerunkiem i kształtowania politycznych emocji. Nie poglądy, a właśnie emocje stały się głównym wymiarem politycznego sporu, a ich wyrazem stały się „przekazy dnia’. Stąd zupełne wyjałowienie intelektualne polskiej polityki. W ten sposób brak debaty publicznej zastępuje codzienna propagandowa „młocka”, która prowadzi nie do wytworzenia się opinii publicznej, a do zaplanowanego podziału społeczeństwa na wrogie obozy. Zaś postawy obywatelskie przez ten rodzaj sporu są redukowane tylko do zachowań stadnych, w których ważne jest tylko utrzymanie lub pozyskanie nowych wyznawców. Obywatel nie jest bowiem traktowany podmiotowo, ale jest emocjonalnie uzależniany poprzez dominujący w przestrzeni publicznej, teatr polityczny.

Otóż w tym teatrze politycznym prowadzącym, największej degradacji ulegają posłowie. Nie tylko nie oczekuje się od nich samodzielności intelektualnej, ale taka samodzielność jest traktowana jako przejaw swoistej nielojalności, jako swoistej uzurpacji. Nic też dziwnego że albo osobowości samodzielne są wypłukiwane z systemu partyjnego, albo ulegają swoistemu recyklingowi. W polskim życiu politycznym posłowie nie piszą politycznych książek, nie piszą artykułów, nie organizują kampanii na rzecz spraw, które jako pierwsi dostrzegli, a które mają narodową rangę. Po prostu się nie wychylają po za „przekazy dnia”. Dali się bowiem sprowadzić tylko do wykonywania partyjnych poleceń. To nie wspólnota poglądów, ale dryl w realizacji partyjnych celów. A nawet najmniejsza samodzielność, bo nawet nie opozycja, jak to było w wypadku posła Mastelarka, skutkuje wyrzuceniem z listy kandydatów w najbliższych wyborach. Dlatego posłowie, ubezwłasnowolnieni w wymiarze parlamentarnym „realizują” się przede wszystkim we własnych okręgach wyborczych zabiegając o utrzymanie i o poszerzenie elektoratu własnej partii. Dlatego bywają na niezliczonych gminnych i miejskich uroczystościach, wygłaszając nic nie znaczące okolicznościowe przemówienia, fotografują się z ich uczestnikami, a następnie zamieszczają te fotografie na portalach społecznościowych. Zapraszają ministrów na spotkania, by ogrzać się w blasku ich medialnej sławy, organizują konferencje prasowe wychwalające politykę własnej partii, zamieszczają na portalach informacje o swych wyjazdach, posiedzeniach komisji, czy uczestniczą w różnych samorządowych spotkaniach. To wszystko stwarza wrażenie swoistej pracowitości. Ale jest to wszystko działalność pozorna, bo parlamentarzysta nie jest od spraw lokalnych, ale od kształtowania przywództwa narodowego.

Otóż ta pozorna działalność ma przykryć smutny fakt, że parlamentarzyści w obecnym systemie politycznym zostali sprowadzeni jedynie do roli partyjnych słupów, którzy głosują na rozkaz i od których nic nie zależy. Nie spełniają oni bowiem swego podstawowego obowiązku, jakim jest reprezentowanie własnego okręgu w parlamencie. Oni mogą tylko świecić w swoim okręgu blaskiem odbitym od własnej partii. Posłowie właściwie zgodzili się z tą degradacją. Nie widać żadnych aspiracji do przywrócenia własnej podmiotowości. Cały ich wkład intelektualny ogranicza się do sprawności w obronie racji politycznych własnej partii. A to nie wymaga wielkiego wysiłku. I zgodnie z tezą, że organ nie używany, nie tylko się nie rozwija, ale powoli zanika, mamy do czynienia z procesem, nie tylko politycznej, ale i intelektualnej degradacji parlamentarzystów. Bo po latach rezygnacji z własnej intelektualnej i politycznej podmiotowości, trudno wymagać by odzyskali, czy nabyli na nowo zdolność samodzielnego myślenia i reprezentowania naszego narodu.

I wydaje się, że parlamentarzyści mają świadomość swojego politycznego upodlenia. Dali tego wyraz posłowie partii rządzącej głosując grzecznie za obniżeniem własnych uposażeń. W ten sposób uznali, że ich wybitne kwalifikacje naciskania guzika głosującego na rozkaz, nie wymagają aż tak dużych uposażeń, do jakich przywykli. Przynajmniej w tym wypadku, ich zachowanie odzwierciedliło przekonania społeczne i głosując przynajmniej raz dali wyraz że reprezentują nastroje swoich wyborców . Nie zmienia to jednak sytuacji, że partie polityczne prezentując listy wyborcze, nie dają wyborcom rzeczywistej możliwości wyboru, a jedynie wybór pomiędzy partyjnymi słupami od których nic politycznie nie zależy.

Naród bez elit jest niepełnym narodem, narodem w pewien sposób okaleczonym a oligarchiczny model partii politycznych jest strukturalna barierą do odtworzenia, po urawniłowce komunistycznej, narodowych elit. Bo to elity definiują narodowe wyzwania i dają na nie odpowiedzi. To elity są podmiotem narodowej debaty. Natomiast pseudoelity zajmują się jedynie partyjnym mordobiciem. I taki jest w rzeczywistości dzisiejszy poziom parlamentarnych pseudoelit. Bez rzeczywistych elit, naród jest ofiarą manipulatorów grających jedynie na społecznych emocjach. A przywództwo państwowe nie jest w stanie odczytać narodowych wyzwań i dać na nie adekwatnej odpowiedzi. I w tym sensie oligarchiczny model partii politycznych jest zagrożeniem dla przyszłości naszego narodu.

Marian Piłka*

* Poseł na Sejm I, III, IV i V kadencji. Od połowy lat 70. angażował się w działalność opozycyjną. W latach 1977–1978 działał w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. W latach 80. uczestniczył w działalności Ruchu Młodej Polski. W czasie stanu wojennego internowany przez okres około roku. 19 kwietnia 2007 zadeklarował odejście z Prawa i Sprawiedliwości, a dzień później przystąpił do nowo tworzonej Prawicy Rzeczypospolitej. Historyk, publicysta.

Komentarze są zamknięte