Czeska kopalnia zabiera wodę polskim miejscowościom. „Moglibyśmy odegrać się za Turów”

Zastępca Naczelnego

Kopalnia Jänschwalde/kanalmusic.de/YT

Gminy Gubin i Brody sąsiadują z niemiecką kopalnią Jänschwalde, którą kilka lat temu wykupił czeski koncern. Kopalnia powoduje szkody, obniża poziom wód gruntowych, przez co samorządy muszą płacić więcej za uzdatnianie. Kopalnia nie poczuwa się jednak do odpowiedzialności i nie chce dołożyć polskim gminom do corocznych wydatków. – Gdyby udało się skierować sprawę do sądu, moglibyśmy odegrać się za Turów – mówi wprost jeden z samorządowców.

– Woda? U nas nie ma problemów z wodą. Wodociąg jest – mówi pani Halina, którą spotykam przed domem w Późnej. To jedna z miejscowości leżących najbliżej niemieckiej granicy. Kawałek za wsią stoi wielki, ziemny wał. Za nim jest kopalnia Jänschwalde.

– A nie, czekaj pan. Były problemy z wodą, ale dawno temu. Zanim jeszcze gmina wodociąg zrobiła. U nas najbardziej wyschło, ze studni to się takie błoto wyciągało – opowiada mieszkanka Późnej.

Jak mówią mieszkańcy, sąsiedztwo wielkiej kopalni odkrywkowej to nie tylko problem z wodą. Jest jeszcze kurz, hałas, a nawet burze piaskowe.

– Teraz pada, to tak nie czuć – mówi pan Czesław, mieszkaniec Późnej. – Ale jak są upały, to czasami idzie wielka chmura pyłu. Nas się czepiają, kary nakładają, a jak czeska kopalnia nas zatruwa, to nikt nie widzi problemu – denerwuje się.

Czeska kopalnia po niemieckiej stronie

Kopalnia Jänschwalde należy obecnie do koncernu EPH, który kilka lat temu odkupił ją od niemieckiego Vattenfall. Odkrywka zajmuje teren 80 kilometrów kwadratowych. Rocznie wydobywa się z niej 7,4 mln ton węgla.

Węgiel, razem z tym wydobytym w położonej niedaleko odkrywce Cottbus, trafia do elektrowni Jänschwalde, która produkuje rocznie 22 tys. gigawatogodzin energii, zaspokajając przy tym potrzeby ok. 5 mln osób. Jest to trzecia co do wielkości niemiecka elektrownia. Dla porównania polska kopalnia Turów, o którą toczy się obecnie międzynarodowy spór, zajmuje ok. 24 kilometrów kwadratowych.

W 2019 roku wydobycie w kopalni Jänschwalde zawieszono. Stało się tak po protestach niemieckich ekologów, którzy zwrócili uwagę, że działalność kopalni zagraża chronionemu obszarowi Natura 2000. Od 2020 roku kopalnia znów ma zezwolenie na wydobycie. Ostatecznie ma pracować do 2023 roku.

Kopalnia wypija wodę

Każda kopalnia odkrywkowa ma wpływ na środowisko, bo zaburza równowagę hydrologiczną. Wydobycie węgla tą metodą wiąże się z koniecznością wypompowania wód podskórnych i głębinowych, co z kolei doprowadza do obniżenia poziomu wód gruntowych.

Wokół kopalni odkrywkowej tworzy się lej depresyjny, czyli obszar, w którym wód gruntowych jest znacznie mniej. W zależności od wielkości kopalni i struktury geologicznej terenu, taki lej może sięgać nawet kilkudziesięciu kilometrów wokół kopalni.

Zgubny wpływ odkrywek na równowagę hydrologiczną można gołym okiem zauważyć np. na Pojezierzu Gnieźnieńskim, gdzie z powodu m.in. eksploatacji kopalni Konin znikają naturalne jeziora. To właśnie pozbawienie przygranicznych miejscowości wody jest najważniejszym zarzutem, jaki w stosunku do Polski wysuwają Czesi. Jednocześnie zarządzana przez czeski koncern kopalnia Jänschwalde bardzo podobne szkody wyrządza mieszkającym przy granicy Polakom.

– Według pomiarów, jakie wykonali nasi lokalni leśnicy, w 2019 roku poziom wód gruntowych spadł w niektórych miejscach o 2,5 metra – mówi w rozmowie z money.pl wójt gminy Brody Ryszard Kowalczuk. – Nie wiemy, czy ten stan się pogłębia, bo nie mamy narzędzi, żeby to zmierzyć. Konieczna byłaby ekspertyza, na którą nas nie stać – tłumaczy.

– Cieki wodne, zbiorniki po prostu zanikły. Tego już tam nie ma. W ubiegłym roku zdarzały się takie sytuacje, że zanikały rzeki, Nysę można było przejść w półbutach, nie mocząc się – mówi wójt gminy Gubin Zbigniew Barski. – Studnie na terenie przygranicznym w ogóle nie nadają się do użytku – dodaje.

Gminy proszą o pomoc

Aby zaopatrzyć w wodę mieszkańców przygranicznych miejscowości, gminy musiały szybko zbudować wodociąg. Na tym jednak nie koniec. Ponieważ kopalnia osusza teren, aby pozyskać wodę zaopatrującą wodociąg, trzeba wiercić coraz głębiej. Woda jest też zanieczyszczona.

– W ziemi jest dużo żelaza. Jeśli woda jest wypompowywana przez kopalnię, to jej zasoby gruntowe zaczynają się poruszać i mieszać – wyjaśnia wójt gminy Gubin Zbigniew Barski. – Doprowadziło to do sytuacji, w której woda w studniach przypominała kolorem rosół, a w wielu miejscach zanikła kompletnie – tłumaczy.

Rocznie na uzdatnianie wody gminy wydają ok. 100 tys. złotych. Zarówno Gubin, jak i Brody próbowały dochodzić swoich praw i uzyskać od właściciela pobliskiej kopalni dopłatę do kosztów uzdatniania. Pieniędzy jednak nie dostały.

– Dostaliśmy odpowiedź, że kopalnia nie wpływa na stan wód, bo zastosowano w niej technologię, która ogranicza jej oddziaływanie na środowisko – mówi Zbigniew Barski. – Tłumaczono, że odkrywka jest wyposażona w ściany, które mają zatrzymać odpływ wody. W ten sam sposób broniono kopalni Turów przed zarzutami z czeskiej strony – opowiada.

Koncern EPH nie odpowiedział na nasze pytanie o działalność kopalni tłumacząc, że jest jedynie właścicielem większości udziałów, a nie jej operatorem. Te same pytania zadaliśmy zatem firmie Leag, która bezpośrednio odpowiada za pracę odkrywki Jänschwalde. Na odpowiedź czekamy.

Nie ma pieniędzy na walkę w sądzie

Choć zdaniem włodarzy przygranicznych gmin odpowiedzialność kopalni za problemy z wodą po polskiej stronie jest oczywista, nie poszli oni śladem Czechów i przestali walczyć o pieniądze od koncernu.

– Mieliśmy raport polskiego naukowca, ale nie był on szczególnie dogłębny. Opieraliśmy się przede wszystkim na swoich obserwacjach – mówi Zbigniew Barski. – Tematu nie pociągnęliśmy dalej, bo gminy nie było stać na zatrudnienie ekspertów, którzy mogliby ocenić faktyczny wpływ kopalni na zanieczyszczenie wody.

– Potrzebna byłaby do tego osoba ze znanym nazwiskiem, której autorytet trudno podważyć – mówi Ryszard Kowalczuk. – Tym bardziej teraz, kiedy Polska ma w Unii Europejskiej nie najlepszą prasę.

Jak tłumaczą samorządowcy, o problemie z zanieczyszczeniem wody mieszkańcy już dawno zapomnieli, bo dzięki wodociągowi mają nieprzerwane dostawy. – Z mojej perspektywy pieniądze, które musielibyśmy wydać na ekspertyzy i niepewną walkę w sądzie lepiej zainwestować w inne rzeczy. Na przykład w budowę dróg – mówi Zbigniew Barski.

„Niemcy protestowali”

Samorządowcy przypominają, że w pobliżu Gubina i Brodów miała powstać jeszcze jedna odkrywka. Tym razem po polskiej stronie. – Wtedy Niemcy zgłaszali bardzo dużo uwag, że lej depresyjny naszej kopalni będzie oddziaływał na ich wody – mówi Ryszard Kowalczuk. – Na pewno mieli rację, ale nie wierzę, że akurat ich działalność nie oddziałuje na naszą stronę – komentuje.

Kopalnia ostatecznie nie powstała, bo oprotestowali ją również Polacy – mieszkańcy gmin Gubin i Brody, którzy sprzeciwiali się dewastacji środowiska.

– To wyjątek na polską skalę – mówiła w rozmowie z Wirtualną Polską Anna Dziadek, prezeska stowarzyszenia, które organizowało protesty. – W innych gminach w węglu zazwyczaj wyczuwają zarobek – tak jest na przykład w Złoczewie, gdzie do dziś nie wydano decyzji o rozpoczęciu wydobycia. Tamtejsi samorządowcy witali spółki węglowe z otwartymi ramionami. Tutejsi fotografowali się z działaczami Greenpeace.

Sprawa obiła się nawet o europarlament, gdzie trafiła skarga mieszkańców Gubina. Po kilku latach europosłowie stwierdzili, że według polskiej strony budowa kopalni nie została ostatecznie rozstrzygnięta, dlatego zamykają temat.

– Byliśmy wtedy traktowani jako wrogowie publiczni, mieliśmy przeciwko sobie władze państwowe, duże firmy i część samorządów – mówi Zbigniew Barski. – To może być jeden z powodów, dla których przez lata nikt nie interesował się naszymi problemami i w walce z niemiecką kopalnią zostaliśmy sami.

Odeprzeć Czechów

Konflikt wokół kopalni Turów zaczął się od protestów mieszkańców czeskich miejscowości przygranicznych, którzy bali się, że rozbudowa odkrywki doszczętnie zdewastuje im środowisko i pozbawi wody, której i tak jest już bardzo niewiele.

Sprawę podchwycił czeski rząd, który skierował skargę na Polskę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W maju zapadła decyzja – Polska ma natychmiast zaprzestać wydobycia do czasu rozstrzygnięcia sporu.

Polska odmówiła tłumacząc, że natychmiastowe zamknięcie Turowa będzie oznaczać duże straty dla regionu i godzi w bezpieczeństwo energetyczne kraju.

20 września TSUE postanowił, że Polska ma płacić Komisji Europejskiej 500 tys. euro dziennie za niedostosowanie się do decyzji. Polski rząd twardo stoi na stanowisku, że wydobycia nie zaprzestanie, a Komisja Europejska zapowiada, że już niedługo wystawi rachunek.

– Nie mamy tyle szczęścia, co Czesi, naszą sytuacją nie interesują się władze centralne – mówi Zbigniew Barski. A szkoda, bo zdaniem samorządowców problem Gubina i Brodów mógłby być sposobem na to, by się na Czechach odegrać.

– Nie znam szczegółów negocjacji w Czechami. Uważam, że można by im się zrewanżować Jeśli ktoś chce dać komuś nauczkę, a sam nie jest do końca w porządku, to należałoby mu to wytknąć – mówi Zbigniew Barski.

Źródło: Money.pl, Witold Ziomek

Komentarze są zamknięte