Made in Holland

Zastępca Naczelnego

Monika Socha-Czyż, fot. archiwum

Wstyd! Tak trzeba określić poziom wiedzy Agnieszki Holland na temat relacji między Polakami narodowości polskiej a Polakami pochodzenia żydowskiego przed wybuchem ostatniej wojny światowej. Celowo używam określenia „Polacy pochodzenia żydowskiego”. Państwo Izrael wówczas przecież nie istniało i stanowiło dosyć mgliste plany. Po pierwsze, warto podkreślić i przypomnieć wagę zaangażowania Żydów w odzyskanie niepodległości przez Polskę w 1918 roku. Tymczasem …

 

 

Czym skorupka za młodu …

 

Wirtualna Polska opublikowała dziś fragmenty książki Krystyny Naszkowskiej „My, dzieci komunistów”, która ukaże się 13 marca nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne. Agnieszka Holland, twierdzi:

W przedwojennej Polsce działo się mnóstwo złych rzeczy, które powodowały, że młodzi Żydzi zwracali się ku komunizmowi. Wielu tę przedwojenną Polskę dziś idealizuje, ale przecież wtedy narastały postawy faszystowskie i antysemickie. I to nie tylko ze strony skrajnych organizacji, jak ONR, zresztą wówczas zdelegalizowanego w przeciwieństwie do dzisiaj, ale również ze strony władz państwowych. Było więc zupełnie logiczne, że tacy ludzie jak mój ojciec wstępowali do komunistycznej partii, bo komunizm ze swoimi hasłami równości, równych szans dla wszystkich bez względu na wyznanie czy pochodzenie wydawał im się szansą na lepszą ludzkość. Była to taka świecka wersja Ewangelii: „nie będzie Greka ani Żyda”… (…) Wierzyli [zaangażowani w komunizm – przyp. NGO], że zrobią to lepiej niż w Związku Radzieckim, bo Polska jest państwem bardziej europejskim i cywilizowanym. Szli do partii z głębokim przekonaniem. Byli gotowi zapłacić za tę ideę wielką cenę, latami siedzieli przed wojną w więzieniach za swoje przekonania. Mój ojciec (rocznik 1920) komunizował już przed wojną. Nie miał wówczas pojęcia, co to naprawdę znaczy i co się dzieje w Sowietach. Relacje w polskiej prasie uważał za antykomunistyczną propagandę. (…)”.

W II RP środowiska syjonistyczne były mocno wspierane przez rządy Sanacji. Warto wspomnieć, że wybitnym działaczem wzywającym w 1919 i 1920 do obrony Polski przed zalewem komunizmu był Izaak Grünbaum – poseł na Sejm Ustawodawczy i Sejm I, II i III kadencji II RP, jeden z sygnatariuszy deklaracji niepodległości Izraela. To naturalne albowiem miał  żywo w pamięci poświęcenie Polaków narodowości żydowskiej w walkach na frontach I wojny światowej. Jesienią 1915 roku wszystkie brygady legionowe przerzucono na Wołyń, gdzie wzięły udział w ciężkich walkach, m.in. pod Kuklami i Bielgowem. Legiony poniosły wówczas znaczne straty. Wśród poległych było wielu oficerów, w tym Żydzi: Józef Blauer „Kratowicz”, Bronisław Mansperl „Chaber” uznawani za znakomitych dowódców. Poległ także Adolf Sternschuss, znany kolekcjoner i mecenas kultury krakowskiej, który wcześniej porzucił służbę oficerską na tyłach armii austriackiej i przeszedł do Legionów, wybierając służbę szeregowego żołnierza. Kulminacyjnym momentem kampanii wołyńskiej była największa bitwa Legionów Polskich, którą stoczyły 4–6 lipca 1916 roku pod Kostiuchnówką. Niepobite przez Rosjan Legiony, wskutek odwrotu wojsk niemieckich i austro-węgierskich, odeszły po niej nad Styr. Powoli zbliżał się koniec frontowej epopei tych, którzy „na stos rzucili swój życia los”. Polscy i żydowscy legioniści darzyli się zazwyczaj wzajemnym szacunkiem i życzliwością. Wpływały na to wspólny cel i ponoszone trudy życia wojennego. Żydowscy legioniści odznaczali się odwagą na polu walki. Zaprzeczali w ten sposób stereotypowym opiniom o ich rzekomej bojaźliwości i niechęci do służby wojskowej. W dostępnych źródłach zachowały się liczne przekazy o pełnym poświęceniu i okazanym męstwie, jak w wypadku Leona Holzera, który w boju pod Modliborzycami, jak pisano we wniosku odznaczeniowym, cyt. „(…) z jednym żołnierzem zaszedł na skrzydła nieprzyjacielskiego patrolu, wpadł na nich, rzucając granatami ręcznymi, zabija trzech, dwóch rani, jedenastu bierze do niewoli (…)”. Ofiarnością wyróżniali się też lekarze i sanitariusze – Emanuel Buxbaum, Edmund Gross, Berisch Joffe, Izaak Jungerman, Mieczysław Kapellner (Kaplicki), Władysław Finkelstein (Medyński) i Baruch Neuman, który poległ pod Jastkowem. Dobitnym świadectwem mężnej postawy żydowskich legionistów jest lista poległych, która obejmuje niemal 10 proc. wszystkich ustalonych żołnierzy Legionów pochodzenia żydowskiego oraz nadane w niepodległej Polsce liczne odznaczenia Virtuti Militari i Krzyża Walecznych.

We wspomnieniu o wspomnianym wyżej Bronisławie Mansperlu „Chabrze” Juliusz Kaden-Bandrowski pisał: „Jaki też interes, prawdziwy, osobisty interes ma Mansperl w trosce swej o walkę za Ojczyznę? Mansperl był Żydem. Istotnie, miał jeden wielki, prawdziwy, osobisty interes w walce za Polskę: przelewając za Nią krew, pragnął sobie zdobyć do Niej prawo, którego by mu nikt odmówić nie śmiał. Miał więc ten sam interes, który mamy nawzajem wobec siebie, w godzinie poświęcenia i ofiary. Ale tak właśnie bywa w życiu: gdy własny interes zowiemy bohaterstwem, bohaterstwo odmiennego od nas typu ludzkiego chętnie podejrzewalibyśmy o interes”. Pamiętajmy o tych dzielnych ludziach, o tym, że bycie patriotą polskim nie było równoznaczne z wyrzeczeniem się religii i tradycji żydowskiej, a idea Rzeczypospolitej żyjących w zgodzie narodów nie była całkowitą iluzją. Gdyż – jak powiedział krótko przed śmiercią w legionowym boju Samuel Reich – „Przez krew moją, która spływa na tę ziemię, nabywam do niej wieczne prawo”.

We wrześniu 1939 roku dawni legioniści pochodzenia żydowskiego, którzy służyli w WP, wzięli udział w obronie Polski. Po przegranej znaleźli się w niewoli niemieckiej lub sowieckiej. Niektórzy zdołali przedostać się do armii polskiej we Francji. Podporucznik Leon Holzer, internowany w Braile w Rumunii, na propozycję kierownika miejscowej organizacji syjonistycznej, by udał się do Palestyny, odpowiedział odmownie, stwierdzając, że cyt. „jako polski oficer musi pójść tam, gdzie wojsko polskie się znajduje”. Dotarł do Francji i został oficerem 1. Dywizji Grenadierów Armii Polskiej. Większość dawnych Żydów -legionistów pozostała w kraju na terenie obydwu okupacji – po czerwcu 1941 roku w całości zajętym przez Niemców. Niemal wszyscy zginęli ze swoimi rodzinami w niemieckich obozach zagłady.

Ci, którzy dostali się do niewoli sowieckiej – jak dzielni dowódcy artylerii obrony Lwowa 1939 roku płk Maksymilian Landau i mjr Ignacy Schrage … wielokrotnie … zostali aresztowani przez NKWD i w większości zostali zamordowani w Katyniu, w Charkowie i w innych miejscach kaźni. Ocaleli nieliczni. Byli to ci, którzy przebywali w Wielkiej Brytanii, na Bliskim Wschodzie czy poza Europą, np. Marek Pipes, ojciec wybitnego sowietologa, niedawno zmarłego Richarda Pipesa. Wraz z żoną i synem zdołał on wyjechać z Warszawy w październiku 1939 roku i przedostać się do USA. W kraju wojnę przeżyli ukrywani przez Polaków przed Niemcami m.in. płk Henryk Eile (ojciec redaktora „Przekroju” Mariana Eilego), wybitni naukowcy – biochemik Józef Heller i matematyk Hugo Steinhaus oraz co najmniej kilkunastu innych. Ocaleli również oficerowie WP, których więziono w niemieckich obozach jenieckich.

Czy ruchy narodowe są złe?

 

Tezy Agnieszki Holland doskonale obala tekst Adama Słomki zamieszczony przez NGO w listopadzie 2016 roku:

Programy narodowe były i są obecne na scenie politycznej i dotyczą wielu narodów, w tym żydowskiego ruchu Bejtar. Gdyby zgodnie z opiniami lewaków uznawać dziś działające stronnictwa narodowe za faszystowskie to władze Izraela i to państwo doświadczone holokaustem nie upamiętniałyby Włodzimierza Żabotyńskiego ani Josepha Trumpeldora. We Włoszech Bejtar miał wsparcie Mussoliniego i faszystowskich Włochów – organizacja współpracowała m.in. z młodzieżową organizacją Balilla (pisownia oryginalna):

(…) Tak jak promienie słońca płoszą szpetne sny, tak umiał Mussolini wypędzić z serc włoskich, zmorę komunizmu. Wziął na siebie zadanie zaszczepienia w młode serca uczucia miłości ojczyzny, i dumnych myśli związanych z tym celem. (…) Brit Trumpeldor jest również owocem narodowej rewolucji duchowej, skierowanej przeciw czerwonej chorobie, która osłabia siły witalne społeczeństwa żydowskiego i usiłuje sparaliżować jego energję wyzwoleńczą, wiążąc złudnie jego przyszłość z mirażami możliwości bytu w zrewolucjonizowanej djasporze. (…)” [1].

Skoro kwestie ruchów narodowych byłyby tak proste, jak tego chcą media lewicowe, to czy Kneset 23 marca 2005 wydałby specjalną uchwałę upamiętniającą Żabotyńskiego? Czy izraelskie kluby sportowe obierałyby nazwy promujące faszyzm, np. Beitar Jerozolima?

Zatem oskarżanie ONR czy Młodzieży Wszechpolskiej o faszyzowanie jest tylko lewicową propagandą. Dosyć podobnie jest z lansowaniem tezy, że polskie organizacje narodowe są prorosyjskie i antyukraińskie, gdy tymczasem sam Roman Dmowski w „Naszym Patriotyźmie” (1893) pisał, że „(…) Rząd rosyjski rozmaitymi czasy rozmaicie usprawiedliwiał swoje gwałty na Polsce. Dowodząc, że ziemie litewskie i ruskie stanowią odwieczną jedność z moskiewskim rdzeniem państwa carów, dziką działalność swą w tych ziemiach nazywał wyzwalaniem swego ludu z pod jarzma polskiego. (…) Wieszanie i masowe wysyłanie na Sybir najlepszych sił społeczeństwa polskiego nazywało się uzdrawianiem narodu z chorobliwych marzeń, gwałty na unitach – przyjmowaniem na łono swego kościoła braci, których niegdyś przemoce oderwano i którzy teraz dobrowolnie powracają. Do ostatnich jeszcze czasów słyszeliśmy, że rząd rosyjski nic nie ma przeciw pomyślnemu rozwojowi narodowości polskiej, że chodzi mu tylko o zachowanie w całości granic państwa, o wytępienie dążności separacyjnych”.

 

Czego nie chciał widzieć kapitan LWP, komunista Henryk Holland …

 

Wśród ocalonych z Holocaustu dzięki pobytowi w obozie jenieckim był kpt. rez. artylerii Henryk Wereszycki. Był on synem Mykoły Hankewycza i Rozalii Altenberg – z zasymilowanej rodziny żydowskich wydawców i księgarzy we Lwowie.

Upadek Monarchii Austro-Węgierskiej i wybuch walk o Lwów spowodował, że wraz z bratem Tadeuszem Vorzimmerem, wstąpił do Wojska Polskiego i znalazł się w szeregach artylerii. Odcięty od oddziałów polskich nie wziął udziału w walkach o to miasto. Po zakończeniu walk, w stopniu porucznika artylerii Wojska Polskiego II RP (awansowany ze starszeństwem od 1 czerwca 1919), otrzymał urlop na kontynuowanie studiów i w październiku 1919 roku zapisał się na wydział historyczny Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Wiosną 1920 roku powrócił na front ze swoim 5 Pułkiem Artylerii lwowskiej biorącym udział w walkach w okolicach Gródka Jagiellońskiego, nad rzeką Wereszycą (od której później wziął nazwisko) i w ofensywie Piłsudskiego na Wołyniu. 18 sierpnia 1920 roku w potyczce z kozakami w okolicach Kamionki Strumiłowej został ranny. Po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej został zdemobilizowany pod koniec 1920 roku i wrócił na Uniwersytet Lwowski zostając asystentem profesora Adama Szelągowskiego. W lipcu 1925 roku uzyskał stopień doktora filozofii na podstawie rozprawy „Polityka rządu austriackiego w Galicji w czasie powstania styczniowego”.

Henryk Wereszycki był jednym z najwybitniejszych powojennych historyków polskich, autorem cenionych i aktualnych do dziś prac naukowych. Przez cały okres powojenny władze komunistyczne, wspierane, zwłaszcza do 1956 roku, przez znaczną część środowiska historyków, szykanowały go jednak. Profesor pozostał wierny ideom niepodległościowym, które wyniósł ze szkoły Marszałka Piłsudskiego. Nie miał złudzeń co do sytuacji politycznej Polski: „Niewola, w której teraz żyjemy, jest znacznie bardziej niebezpieczna niż ta poprzednia z XIX w. Tamta częściowo hartowała, ta w większym stopniu znieprawia”. Komunistów uważał za „bandę zbrodniarzy”„ (…) aparat, który nie chce i nigdy nie będzie chciał żadnych zmian. I on prawdopodobnie będzie zwyciężał, póki mu kto noża na gardle nie postawi”. Zmarł 27 lutego 1990 roku w Krakowie.

 

Made in Holland …

 

„Uważałam, że władzy zdarzają się błędy i wypaczenia, ale generalnie jest to normalny system – mówi artystka o swoim wczesnym podejściu do PRL. (…)”

– donosi dziś Wirtualna Polska.

Zatem dla Agnieszki Holland komunistyczny twór o nazwie „Polska Rzeczpospolita Ludowa” w jakiejś mierze był „zjadliwy”. Tyle, że dla tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego komunizm nie był do zaakceptowania. Niemniej, jak pisał swego czasu Leszek Pietrzak na łamach „UWAŻAM RZE”, cyt.:

(…)  Jesienią 1939 r. setki kresowych Żydów zaangażowały się w kampanię propagandową przed zaplanowanymi na 22 października sowieckimi wyborami do Zgromadzeń Narodowych Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, które miały zadecydować o przyłączeniu tych terenów do Związku Sowieckiego. Zdecydowana większość ludności żydowskiej Kresów głosowała właśnie za ich przyłączeniem do Związku Sowieckiego. Porzucenie Polski i entuzjazm dla jej okupantów nie wyrażali jedynie komunizujący jeszcze przed wojną Żydzi. Nową optykę przyjmowali nader często przedstawiciele przedwojennej żydowskiej elity. Jakub Wygodski – w latach 1922–1930 poseł na Sejm RP i prezes gminy żydowskiej w Wilnie – już w październiku 1939 r. poparł likwidację przez Niemców i Sowietów państwa polskiego. Jasno wówczas deklarował, że „większość społeczeństwa żydowskiego wyraża zadowolenie, że do Wilna wkroczyli Litwini”. Wygodski szybko stał się z własnego wyboru obywatelem Litwy Jokūbasem Vygodskism. Podobne stanowisko zajął Icchak Giterman, pochodzący z Ukrainy, a w latach 1926–1939 dyrektor krajowego oddziału organizacji charytatywno-pomocowej American Joint Distribution Commitee (AJDC). Gdy po kampanii wrześniowej znalazł się w Wilnie, publicznie pochwalił zabór Wilna przez Litwinów i wystąpił o litewskie obywatelstwo. Jesienią 1939 r. co najmniej kilka tysięcy Żydów z Wileńszczyzny porzuciło Polskę, stając się obywatelami Litwy. Ale Żydzi równie chętnie przyjmowali obywatelstwo sowieckie, zostawali też funkcjonariuszami nowej sowieckiej administracji. Oczywiście, że nie cała, nawet nie większość społeczności żydowskiej, jaka zamieszkiwała przedwojenną Polskę, wyrażała radość z powodu jej upadku i entuzjazm dla jej okupantów (…)”.

To własnie wśród tych obywateli II RP, którzy działali przeciwko swojemu państwu, swoje miejsce miał Henryk Holland. Wstyd, że jego córka nie widzi różnicy między postawami Żydów poległych za Polskę, różnicy w postawie jej ojca i prof. Henryka Wereszyckiego czy posła Izaaka Grünbauma. Agnieszka Holland broniąc pamięci swego ojca prowadzi swoja własna krucjatę. Nie chce przyjąć do wiadomości faktów, a tworzy ich pokraczne interpretacje. Taki „ersatz” na potrzeby swoich fobii, które są wynikiem wychowania przez komunistów. Cóż wolno, demokracja …*

 

Monika Socha-Czyż**

 

[1] „Trybuna Betaru”, Balilla i Brit Trumpeldor, Nr. 16

*Wykorzystano, za zgodą, fragmenty tekstów Pawła Czyża.

** Radna Sejmiku Województwa Śląskiego V kadencji (2015-2018), redaktor NGO Bielsko – Biała i szefowa Działu Samorządowego NGO. Od 26 lutego br. czeka na rozpoznanie ankiety personalnej, tj. wniosku o członkostwo w PiS.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.