Był „tort” … czas na taczki?

PAC

Prezentowany społeczeństwu problem z Sądem Najwyższym jest niestety jedynie „wierzchołkiem góry lodowej”. Dziś uwaga większości mediów i komentatorów politycznych skupia się bowiem na tym czy Małgorzata Gersdorf pełni, czy nie pełni funkcji Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego oraz czy grupa sędziów tegoż sądu złożyła skuteczne wnioski o przedłużenie ich orzekania do 70. roku życia.

Tymczasem początkiem realnej walki o praktyczny kształt wymiaru sprawiedliwości był słynny „rzut tortem” dokonany przez Zygmunta Miernika, który obnażył swoim protestem sądową ochronę komunistycznego generała LWP Czesława Kiszczaka. Jaka jest i czy w ogóle jest recepta na odbudowę wymiaru sprawiedliwości?


Sztuczny problem?

Na łamach NGO problemy z Sądem Najwyższym opisywał blisko dwa lata temu znany działacz niepodległościowy Adam Słomka, cyt.

Rzecznik Sądu Najwyższego dr hab. Dariusz Świecki w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną z 3 października br. (2016 – przyp. aut.) na temat protestacyjnego miasteczka namiotowego pod siedzibą Sądu Najwyższego celowo wprowadził opinię publiczną w błąd stwierdzając, że dekomunizacja jest „jedynie populistycznym hasłem niemającym odzwierciedlenia w rzeczywistości”. (…) Zaś już 16 września br. rzecznik Świecki przekazał w imieniu SN oświadczenie, w którym przekonuje, że Sąd Najwyższy przeszedł weryfikację na mocy ustawy z 20 grudnia 1989 roku o zmianie ustaw – Prawo o ustroju sądów powszechnych i in. (Dz.U.1989, nr 73, poz. 436) – de facto art. 9 w/w … czyli wygaszeniu kadencji SN PRL. Tymczasem działania, na które powołuje się rzecznik SN polegające na przyjęciu przez sejm PRL X kadencji (tzw. kontraktowy) powyższej ustawy mają tyle wspólnego z dekomunizacją, co zmiana w nazwie prezydentury Wojciecha Jaruzelskiego. Przypomnieć należy, że został on wybrany jako prezydent PRL, a wraz ze zmianą nazwy PRL na RP został – po myśli inwencji rzecznika SN -zdekomunizowany”. To oczywista manipulacja faktami ze strony przedstawiciela Sądu Najwyższego. (…). „Deutsche Welle” podało właśnie konkluzje raportu komisji naukowej, pt. „Die Akte Rosenburg”, która na zlecenie byłej minister sprawiedliwości RFN Sabiny Leuthaeuser-Schnarrenberger (FDP) badała przeszłość tego resortu. Raport końcowy przedstawił w Berlinie obecny minister sprawiedliwości Heiko Maas (SPD). Jak wynika z w/w raportu, odsetek byłych członków NSDAP w okresie 1949/1950 do 1973 wynosił w przypadku kadry kierowniczej ponad 50 proc., a w niektórych departamentach ministerstwa okresowo nawet ponad 70 proc. Ponadto co piąty ze 107 prawników zajmujących kierownicze stanowiska w Federalnym Ministerstwie Sprawiedliwości należał kiedyś do SA, 16 proc. pracowało niegdyś w ministerstwie sprawiedliwości Rzeszy. Kierujący pracami komisji historyków prawnik Christoph Safferling powiedział w rozmowie z „Sueddeutsche Zeitung”, że w szczytowym roku 1957 77 proc. kierowniczych stanowisk w Federalnym Ministerstwie Sprawiedliwości obsadzonych było przez dawnych członków NSDAP, od szefów referatów wzwyż. – Nikt nie spodziewał się, że ten odsetek był aż tak wysoki – zaznaczył Safferling. Można bez wahania stwierdzić, że Federalne Ministerstwo Sprawiedliwości było najbardziej obciążone personalnie nazistowską przeszłością ze wszystkich bońskich ministerstw. Niektóre z tych ministerstw już dokonały rozprawy ze swoją przeszłością, inne dopiero są w trakcie tego procesu (…)”.

 

Zatem skoro można było wygasić kadencję Sądu Najwyższego PRL na podstawie zapisów konstytucji PRL, to jest dosyć oczywiste, że można wprowadzić drobne zmiany w Sądzie Najwyższym III RP, tj. przenieść grupę sędziów w stan spoczynku po ukończeniu 65 roku życia … na podstawie zapisów Ustawy Zasadniczej z 1997 roku. No chyba, że ktoś chce przekonywać, że konstytucja PRL była de facto „bardziej demokratyczna” niż ta obowiązująca dziś, a zaproponowana przez koalicję klubów parlamentarnych SLD-UW-UP-PSL z pominięciem projektów NSZZ „Solidarność” i KPN …

„Złogi” …

 

Sąd Najwyższy nie tylko nie doprowadził do skutecznego osądzenia członków zorganizowanej grupy przestępczej Wojciecha Jaruzelskiego, ale chronił przed odpowiedzialnością tych sędziów, którzy w latach 80-tych XX wieku orzekali w sprawach dotyczących działaczy NSZZ „Solidarność”, KPN, NZS, Solidarności Walczącej, itd. Jak się okazało sędzia Józef Iwulski, który z mocy nowej ustawy o Sądzie Najwyższym stanął właśnie na czele tego sądu – według informacji portalu niezalezna.pl – był członkiem PZPR do 1989 roku, a jego żona Anna Iwulska była oficerem Służby Bezpieczeństwa. Mało tego, działacz KPN Marian Stach przypomniał w rozmowie z red. Michałem Rachoniem, że sędzia Iwulski orzekał w jego sprawie w czasie stanu wojennego. Stach dostał wyrok 3 lat więzienia. Tymczasem 7 lipca br. lider KPN-NIEZŁOMNI Adam Słomka na swoim profilu na Twitterze podkreślił, że nie wszyscy sędziowie SN „umoczeni” w skazywanie członków opozycji w czasach PRL-u są objęci przejściem w stan spoczynku po ukończeniu 65 roku życia. Zostaje, np. sędzia Waldemar Płóciennik …

 

We wrześniu 2011 roku red. Jerzy Szczęsny na łamach Rp.pl, opisywał, cyt.

Sąd Najwyższy – niedługo po uchwaleniu w kwietniu 1997 r. ustawy lustracyjnej, notabene zbojkotowanej skutecznie przez środowisko sędziowskie nie potrafiące przez ponad pół roku wybrać 21 sędziów Sądu Lustracyjnego – nie mając do tego żadnego prawa, dwoma wyrokami zmienił ustawową definicję współpracy ze służbami specjalnymi PRL. SN pod przewodnictwem prof. UJ Piotra Hofmańskiego przy udziale sędziów Jacka Sobczaka i Józefa Szewczyka zakwestionował zarzut kłamstwa lustracyjnego, orzeczony przez trzy sądy apelacyjne wobec osoby, która odręcznie zobowiązała się do współpracy z SB, odręcznie pisała donosy i pobierała za to wynagrodzenie. Uczynił to wbrew ustawowej definicji współpracy. Wobec publicznego protestu licznych posłów i senatorów oraz dziennikarzy, rzecznik SN wyraził pogląd, że interpretację prawa od jego stanowienia dzieli „bardzo cienka linia”. Działając jako Sąd Najszybszy, pod przewodnictwem sędziego W. Płóciennika z udziałem sędziów R. Sądeja (sprawozdawca) i J. Szewczyka wydał wyrok skutkujący bezkarnością, skazanego wcześniej esbeka. Tym samym uwolnił od odpowiedzialności wszystkich funkcjonariuszy UB i SB – używając kodeksowych określeń – stosujących przemoc, groźbę bezprawną czy znęcających się fizycznie lub psychicznie nad innymi osobami. Tym razem SN posłużył się zgoła odwrotnym zabiegiem – uzurpował on sobie rolę nie pozytywnego, ale negatywnego ustawodawcy. Nie poprawił konkretnego przepisu prawa, ale zanegował kompetencje parlamentu do suwerennej, odmiennej od dotychczasowej, regulacji zawartej w nowelizacji ustawy o IPN. Sąd Najszybszy stwierdził mianowicie, że przepis przedłużający okres przedawnienia zbrodni komunistycznych w noweli ustawy do o IPN nie stanowi samodzielnej podstawy normatywnej do ustalenia terminu karalności tych zbrodni. Oznacza to, że ostatnie unormowanie w kwestii przedawnienia jest nieważne i nieobowiązujące. Co więcej, sądy orzekające w tych sprawach mają obowiązek uwzględnić m.in. przepisy peerelowskiego Kodeksu karnego z 1969 r. W taki oto kuriozalny sposób – w państwie, ufundowanym na monteskiuszowskim podziale władz – owa „bardzo cienka linia” zupełnie zanikła, skoro Sąd, nawet Najwyższy, może de facto uchylić niemiły mu przepis ustawy. Przepis, którego racją było właśnie przedłużenie przez parlament okresu przedawnienia zbrodni komunistycznych. (…). Sąd ten przy okazji przejawił wyraźną awersję do używania terminu „zbrodnia komunistyczna”. W początku uzasadnienia, nie mając – jak widać – odwagi opatrzenia tego terminu inkryminującym cudzysłowem, poprzedził go zwrotem „używając terminu ustawy o IPN”. Nie powinno to dziwić, skoro składowi przewodniczył sędzia SN Waldemar Płóciennik, wsławiony w swoim czasie udziałem w siedmioosobowym składzie SN, który pod przewodnictwem ówczesnego I prezesa SN prof. Lecha Gardockiego wydał wiekopomną uchwałę negującą istnienie zbrodni sądowej, uchwałę, która wprost wikłała SN demokratycznego państwa w dobrowolne współuczestnictwo w zamachu z 13 grudnia. Celem tej uchwały było niewyrażenie zgody na pozbawienie immunitetu i zapewnienie bezkarności Zdzisławowi Bartnikowi, sędziemu SN, który bez podstawy prawnej skazał na 4 lata więzienia za rozrzucanie ulotek. Skutkiem tego – o czym nie mogli przecież nie wiedzieć sędziowie SN niepoślednich w końcu kwalifikacji – był zakaz karalności każdej zbrodni sądowej popełnionej od zarania PRL. Dodatkowo, aby związać w przyszłości inne sądy, sędziowską licencję na bezkarność Sąd nakazał wpisać do księgi zasad prawnych. W tym przypadku korporacyjna solidarność przekroczyła wszelką miarę, co spowodowało wniosek rzecznika praw obywatelskich śp. Janusza Kochanowskiego do TK o uznania przepisów umożliwiających tak wyrafinowaną sztuczkę prawną za niekonstytucyjne. Co też Bogu dzięki, po pewnych wahaniach proceduralnych, Trybunał uczynił. Przeważył jeden głos, co dziwić nie powinno. Sędziowie i prawnicy w ogóle, w większości byli i są przeciw rozliczeniom przeszłości. Doszło do tego, że łagodną i nierepresyjną w porównaniu z innymi krajami ustawę lustracyjną prof. Marek Mazurkiewicz, były przewodniczący Komisji Konstytucyjnej i późniejszy wiceprezes TK, porównał do ustaw norymberskich. Jeśli pozostać przy metaforyce Norymbergii, to wolno stwierdzić, że gdyby na podobny prawniczy sylogizm sędziego Gardockiego w sprawie sędziego Bartnika stać było sędziego Jacksona w procesie norymberskim, to ten proces w ogóle by się nie odbył. Co gorsza, najprawdopodobniej pierwsze wybory w RFN wygrałaby NSDAP, a pierwszym kanclerzem zachodnich Niemiec zostałby nie Konrad Adenauer, a być może Herman Goering”.

 

Niemniej nie dla wszystkich negatywna rola miłośników komunizmu w instytucjach państwowych państwa demokratycznego jest taka oczywista. Oto w niedzielnej rozmowie w Polskim Radiu poświęconej m.in. sędziemu Józefowi Iwulskiemu z Sądu Najwyższego były członek Komitetu Centralnego PZPR, obecnie poseł PO Marcin Święcicki przypomniał, że w 1990 roku ponad 80 proc. sędziów SN zostało zweryfikowanych, cyt.

 

Można było jeszcze raz zlustrować tych sędziów pod kątem ich wyroków. Czy urągały zasadom sprawiedliwości i przyzwoitości? Byli sędziowie, działacze PZPR, którzy wydawali wyroki uniewinniające, w zawieszeniu, starali się. Wiele osób chciało robić coś dobrego, wydawało się, że system nigdy nie runie”

– tłumaczył gość audycji „7×24” PR.

 

Jaka jest recepta?

 

Wspomniany już wyżej Adam Słomka, tak opisywał w Kurierze WNET z maja 2017 roku swoje stanowisko w sprawie wymiaru sprawiedliwości, cyt.

 

Uważam, że wyciągnięcie konsekwencji wobec osób zaangażowanych decyzyjnie w komunę jest jednym z elementów „działania dla dobra wspólnego”. Za zbrodnie należy się kara. Tak jak naziści dla dobra wspólnego zostali usunięci z życia publicznego, tak i postkomuniści, ich metody, wartości, zasoby czerpane z Kremla muszą trafić na margines historii.

Po realnym rozliczeniu czasów PRL można budować zdrowe etycznie państwo, zająć się wieloma ważnymi społecznie kwestiami. Tyle, że wymaga to osobistej aktywności, a nie tylko komentowania. Osobiście uważam, że najbardziej palącym problemem w Polsce jest od lat sądownictwo – ostatni wielki relikt PRL. (…)

W Kodeksie pracy jest zapis umożliwiający zwolnienie pracownika w związku z trwałą utratą zaufania pracodawcy. Sędziowie nie są nadzwyczajną kastą. Skoro jakiś sędzia nie dochował w przeszłości niezawisłości, to parafrazując Piłsudskiego, trzeba go zwolnić.

Kasta „nadzwyczajnych sędziów” rości sobie prawo do podporządkowania Polaków, władzy wykonawczej i ustawodawczej. Monteskiusz w swoim dziele „O duchu praw” pisał: Nie ma również wolności, jeśli władza sądowa nie jest oddzielona od władzy prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolną, sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela”.

 

ADAM SŁOMKA W SEJMIE RP O SĄDOWNICTWIE, 2016

 

Czy innym jest kwestia zachowania trójpodziału władzy, a czym innym stan przechodzenia od państwa totalitarnego do państwa demokratycznego. To jest ewidentny skutek „zdrady Okrągłego Stołu”, że jesteśmy w sytuacji, gdy w roku 2018 na czele Sądu Najwyższego staje człowiek umorusany represjami czasów PRL. Członkowie „nadzwyczajnej kasty” próbują ograniczyć trójpodział władzy i zdobyć prymat na władzami: ustawodawczą i wykonawczą. Są zatem przykładem ciemiężyciela, o którym pisał Monteskiusz. Pozostaje kwestia jak to zmienić. Myślę, że w postępowaniach karnych powinniśmy wprost powrócić do instytucji tzw. ławy przysięgłych znanej z II RP, zastanowić się nad wprowadzeniem tzw. sędziów śledczych o specjalnej pozycji, wyborem niektórych funkcyjnych sędziów i prokuratorów przy okazji wyborów samorządowych. Jednak istotnym jest też, aby zapisać w ustawie o SN i ustawy o ustroju sądów powszechnych wprost zakaz pełnienia funkcji sędziego przez tych, którzy skazywali członków opozycji w PRL. Warto posłużyć się przykładem rozliczenia sądownictwa z NRD, aby zrozumieć nieskuteczność toku myślenia prof. Adama Strzembosza o woli „samooczyszczenia” sędziów z PRL … Na skutek lustracji personalnej dokonanej przez komisję do spraw powoływania sędziów i komisję do spraw nominacji prokuratorów, które biorą swój początek jeszcze w uchwałach ostatniej Izby Ludowej NRD (Volkskammer der DDR), przejęto na okres próbny w 1991 r. w Niemczech Wschodnich ogólnie 35,8% sędziów i prokuratorów, i tym samym doszło do ich integracji w służbie wymiaru sprawiedliwości nowych landów (sędziowie 38,3%, prokuratorzy 32,2%). Dzięki postępującej przebudowie sądownictwa Niemiec, zakończonej w dużym stopniu w 1995 r., w tym roku wśród sędziów jeszcze było tylko 18,3%, tak jak wśród prokuratorów jeszcze tylko 33,9% Niemców ze wschodnich landów. Tymczasem w III RP przeprowadzono kosmetyczne zmiany, a edukację nowych pokoleń prawników pozostawiono w znacznym stopniu środowisku akademickiemu, które podobnie do sądownictwa nie przeszło głębszej dekomunizacji i lustracji. Dobrym przykładem jest niedawny „awans” tow. Jerzego Jaskierni na dziekana Wydziału Prawa, Administracji i Zarządzania Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Czego zatem naucza tow. Jaskiernia? Technik donoszenia, marsizmu-leninizmu? Mamy dużo do zrobienia – komentuje dziś NGO Adam Słomka.

 

Racja jest po stronie weteranów walki o niepodległość. Zaczęło się od „tortu”, a może skończyć się na taczkach … 100 weteranów pod Sądem Najwyższym z taczkami wystarczy, aby dokończyć to, co rozpoczął „tortowym protestem” Zygmunt Miernik …

 

(pac), Niezależna Gazeta Obywatelska w Bielsku – Białej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.